papillon blog

Twój nowy blog

.

1 komentarz

Zaspałam dziś na basen.

Po samochodzie, w poprzedni weekend popsuła się pralka – żeby choć emerytką była, ale ona przecie w kwiecie wieku – 3,5 roku ma. Po gwarancji już. Przyszedł fachura, cośtam wymienił, skasował prawie dwie stówki. Efekt – pralka nadal nie działa. Ale za to mam nową pompę! Minęły dwa dni, przyszedł znowu, potrzebna jest naprawa za kolejne trzy stówki. Chyba nie będę ryzykować kolejnej inwestycji w ten szmelc  Ale wie pani… ja od pani odkupię tą niedziałającą pralkę. Coś mi tu nie pasuje, czas zrezygnować z firmowego serwisu i zasięgnąć języka u niezależnego fachowca. A brudne ciuchy się kiszą… Na szczęście wczoraj sąsiadka się zlitowała i zaprosiła na pranie. Do rany przyłóż kobietka. Co następne się popsuje?

Niech już będzie kwiecień. Początek roku to zawsze u nas jakaś katastrofa.

.

1 komentarz

Poniedziałek na boku. Zaraz będzie środa, potem weekend i  luty będzie leciał z górki.

Pensja weszła. Rachunki opłacone. Szczuplej na koncie i lżej na duszy.

Teraz basen. Nie taki tam zwykły. W hotelu nad morzem, podświetlony od dołu, z ciemnicą powyżej lustra wody, muzyczka do rytmu i trener na brzegu. Aquaaerobik :-) Idę wbić się w kostium…

Boję się nieba w twoich oczach
Jeszcze drżysz ze zmęczenia i potu,
Świat chcesz dzielić na białe i czarne,
Miły boję się twoich powrotów.

Powrót tam, gdzie nie myślałam wracać jeszcze niedawno, skąd wyjazd przewrócił życie do góry nogami nie tylko mi, ale i całej rodzinie. Ucieczka niespodziewana, bolesna i brzemienna w skutkach. Przetarłam drogę młodzieży w mojej rodzinie i zasiałam strach w ich rodzicach. Nie miałam zamiaru. Cel był inny. Nie mam ochoty na rehab. Przeszłości nie wymażę. Każda rodzina ma ponoć czarną owcę – lubię maskujące kolory.

Teraz plan, organizacja, środki – praca, czas, strategia.

Kto – jak nie my? :-)

Dwa filmy.

„Idealny facet…” - odrobina tandety, trochę świra, drwin z, jak to Cejrowski ma w modzie mówić, katoli, ale i feministek (vide les- i homo-, tudzież niewiadmo-). Pamflet na polski klerykalizm i feminizm? Dlaczego jestem niemalże pewna, iż reżyser i scenarzysta nie mieli w planie aż tak ambitnego przekazu ;-)?

„Droga do szczęścia” – Polacy, to potrafią tłumaczyć tytuły, doprawdy… Statyczny, a zarazem dramatyczny. Ci, którzy chcą zobaczyć kontynuację „Titanic’a” srodze się zawiodą. Skojarzył mi się z polskim, ambitnym teatrem telewizji. 

Zaczynam przyzwyczajać się do myśli o powrocie. Decyzja dawno już zapadła, ale muszę to przegadać z sobą. Potrzebne do tego kilka takich weekendów. A kilka miesięcy, by na nowo do siebie dotrzeć. Czasem jestem jak automat. Trybiki działają. Czasem? Pewnie częściej. O wiele za często.

Autko śmiga. Mechanik – pierwsza klasa. Pokazał, mimo, że ja w temacie blondynka, co pod klapą się zmieniło, powiedział co jeszcze możnaby podreperować.

Pod kinem zaklęłam brzydko, choć wydaje się, że taka byłam zrelaksowana… Jakiś fiutek tak zaparkował swoją landarę, że ledwie wsiadłam za kierownicę, nie mówiąc już o wycofaniu z miejsca parkingowego.

Auto zdrowe?

4 komentarzy

Chwila, moment i jadę po autko. W zeszłym roku daliśmy mu nieźle w kość, przejechał tysiące kilometrów. W zasadzie te tysiące poszły w dziesiątki tysięcy. Zbuntowało się dopiero w zeszłym tygodniu.

Potem kino. Pojadę sama. Kiedyś do głowy by mi nie przyszło takie wyjście w pojedynkę – teraz nawet to polubiłam. Szkoda tylko, że wybór repertuaru taki sobie.
Kate i Leo wzywają ;-)

No co… trochę mi zeszło. Nie gniewajcie się Babolce, jeśli jeszcze tu zaglądacie.

Brak weny, chęci do pisania. Wielki zapierdziel tu i tam – więc sami wiecie, jakoś tak półtora roku niemal zeszło ;-)

W tym czasie wreszcie napisałam pracę a i nawet obroniłam. W tak zwanym międzyczasie pyknęłam kurs, drugi w toku. Domowo też trochę zmian, ale o tym potem.

 

.

4 komentarzy

To już koniec tygodnia – jakże odkrywcze.

Na biurku kubek z brzoskwiniową herbatą na skołatane nerwy.

Ileż to razy powtarzałam już sobie, że nie dam się wciągnąć w żadną chryję. Setki. Oczywiście, że po raz kolejny nie potrafiłam odmówić wykonania dodatkowego, przerastającego moje możliwości czasowe, zadania. No przecież dam radę… Czuję się także niesamowicie doceniona (sic!). Nie ma to jak „konstruktywna” krytyka za nieistotny fakt sprzed pół roku.

W związku z powyższym praca nie napisana. Popołudniami padam na pysk, ewentualnie podpieram się rzęsami.

Odkryłam małe remedium na moje stresy. Otóż totalnie odpręża mnie wybieranie i kupowanie kosmetyków. Ważne, żeby było tego dużo i by pięknie pachniało, gdy już otrzymam paczkę i zabiorę się za testowanie i wąchanie. Nawet rosnący rachunek do zapłacenia za zamówione tubeczki i flakoniki mnie nie przeraża…

A teraz… do pracy. Przecież dawno już nie siedziałam przy komputerze. Raptem od 16.15.

Wiem, że marudzę. Ostatnio robię to stale i wcale mi się to nie podoba.

.

1 komentarz

Aromatyczna, brzoskwiniowa herbata. Podskubywane winogrona. Za słodkie, by zjeść całą kiść. Tony przerzuconych kserówek do pracy, której mam już dość. Nie wiem, co wyjdzie z wrześniową obroną jeśli ten pieprzony dziekanat się uprze na 1 września.

Przede mną prasowanie. Odstresuję się przynajmniej :)

.

2 komentarzy

Otóż.

Jakby się kto pytał, to ja właśnie piszę pracę licencjacką. Bardzo pilnie z resztą. Wiedza nt. płac, wynagrodzeń, historii tych pojęć i troszkę bardziej nowoczesnego podejścia niejakiego pana Druckera do „tych spraw” przelewają mi się nosem i uszami… Jak już napiszę cholerstwo, to pierwsze co zrobię – puszczę pawia na gotowy wydruk.

Ale co to ja chciałam…

Skręciło mnie na amen. A to przecież jeszcze za wcześnie. Dotarło właśnie do mnie, że namiętnie czytam blogi młodych mam i babeczek właśnie zaciążonych. Tudzież forum ciążowe na gazeta.pl.

Coś mi się wydaje, że zegar biologiczny tyka.

.

1 komentarz

I już po sierpniowych wakacjach. 5 dni relaksu. Szalone, kilkugodzinne zakupy i powrót do domu z pełnym bagażnikiem fatałaszków oraz uwaga… kostiumem na obronę. To niewielki szczegół, że pracy jeszcze nie mam skończonej. Jeszcze mniejszy, że dziekanat ponoć zapowiedział, iż studenci powinni dostarczyć gotową pracę w formie elektronicznej do 1 września, a to jakby nie było – za tydzień. Marzenie ściętej głowy, by dopełnić tego warunku. Promotorzy większości studentów są do końca sierpnia na urlopach, czyli poza naszym zasięgiem. Moja ukochana alma mater po raz kolejny, i mam nadzieję już ostatni, zaczaja się na zawartość mojego chudego, studenckiego portfela. Albowiem jeśli do 1 września dziekanat nie otrzyma gotowej, zatwierdzonej przez promotora pracy, skreśla studenta z listy. Za przywrócenie na listę liczy sobie kilka stówek. I gdzie sprawiedliwość? Jedyne wyjście – wysmarować jakieś zgrabne pismo. Może to mnie od płacenia uratuje…

Od tygodnia mam w pracy pomocnicę. Na razie nie mogę się nachwalić jej zapału, zaangażowania. Jest dokładnie taką osobą, której szukałam. Staram się nie popadać jednak w nadmierną radość, bo to dopiero początek.

Zauważyłam, że ostatnio trudno jest mi sklecić tekst, który czytałby się miło i lekko. Może dlatego, że o wiele mniej czytam? Były czasy, gdy wiele osób czytając moje wynurzenia na innym blogu mówiły: „kiedyś to wydasz…”. Smykałka do pisania wypaliła się, czy tylko na czas jakiś postanowiła usunąć się w cień ciągłego pośpiechu za spełnianiem oczekiwań codzienności?


  • RSS